?

Z wiekiem staję się coraz
prostsza. Coraz mniej rozumiem. Coraz mniej wiem. Zapominam, gubię się. Zamiast
dojrzewać, wracam do czasów przed wiedzą. Wracam do wielkiego znaku zapytania.
Kim jestem? Czego chcę? Dlaczego kocham? Jak? Jak mocno? Czego tak naprawdę
chcę? Od siebie, od serca, od mojego życia? Nie wiem. W wieku dwudziestu pięciu
lat jestem już tylko myślą, która znika o 
poranku. Zamiarem, niejasnym planem. Migoczącym celem, którego nie
jestem w stanie dojrzeć. Uczuciem i niezadanym pytaniem. 

maia

dzisiaj będzie uśmiech i fuck the world.

taki plan
i tak będzie, o.
no bo ileż można.
/dnia następnego:
no to sobie zrobiłam fucktheworld. 
jejku. błyskawiczny reset. /

ta pani jest niesamowita

.

piórko…

i’m a mess.
i woke up with a hole in my stomach.

bu.

zagubione, zaburzone małe dziecko z bólem brzucha.
moje piórko.
/…/
never cry for help. 
’cause no one will hear you out.

amnesia in litteris

Zaraz, jak brzmiało pytanie? A, prawda: Jaka książka zrobiła na mnie wrażenie, wywarła wpływ, wycisnęła trwałe piętno, wstrząsnęła mną, zgoła »pomogła mi się odnaleźć« albo »sprawiła, że mój dotychczasowy świat legł w gruzach«? Ależ to pachnie jakimś szokiem czy urazem, a takie rzeczy poszkodowany zwykle odtwarza sobie najwyżej w sennych koszmarach, nie zaś na jawie, a cóż dopiero na piśmie i publicznie, co jak mi się wydaje, słusznie podkreślił pewien austriacki psycholog, którego nazwisko chwilowo wypadło mi z pamięci, w nader interesującej rozprawie, której tytułu dokładnie już sobie nie przypominam, ale ukazała się w zbiorze zatytułowanym Ja i Ty lub może To i My albo Ja Jaźni czy jakoś podobnie (wznowionym ostatnio przez wydawnictwo Rowohlt, Fischer, dtv albo Suhrkamp, już nie pamiętam, ale pamiętam doskonale, że okładka była zielona z białym albo jasnoniebieska z żółtawym, o ile nie zielonkawoniebieska z szarym). (…) 

Ogarnia mnie niewysłowiona żałość. Więc znów to samo, stara choroba, amnesia in litteris, całkowity zanik pamięci literackiej. Zalewa mnie fala rezygnacji w obliczu daremności wszelkich wysiłków poznawczych i wszelkich wysiłków w ogóle. Więc po co czytać, po co raz jeszcze czytać na przykład książkę, skoro wiem, że wkrótce nie pozostanie mi po niej nawet cień wspomnienia? Po co w ogóle jeszcze coś robić, skoro wszystko obraca się wniwecz? Po co żyć, skoro i tak trzeba umrzeć? Zamykam moją śliczną książeczkę, wstaję, wlokę się jak człowiek przegrany, jak człowiek ciężko pobity z powrotem do regału i wtykam ją w szereg anonimowo, masowo i w zapomnieniu stojących innych tomów. (…)

 A choroba bynajmniej nie ustępuje, przeciwnie, nasila się. Kiedy dziś czytam jakąś książkę, zapominam początek, nim dojdę do końca. Czasem siły pamięci nie wystarcza nawet na jedną stronę. Przeczołguję się z akapitu w akapit, od zdania do zdania, i maluczko, a będę zdolny świadomie chwytać już tylko poszczególne słowa, które wynurzają się z mroku wciąż nieznanego tekstu, w momencie lektury rozbłyskują jak meteory i w następnej chwili zapadają znów w ciemną rzekę zapomnienia. Przy literackich dyskusjach od dawna już nie udaje mi się otworzyć ust, żeby się paskudnie nie skompromitować, ponieważ Mörike natychmiast myli mi się z Hofmannthalem, Rilke z Hölderlinem, Becket z Joyce’em, Italo Calvino z Italem Svevem, Baudelaire z Chopinem, George Sand z panią de Staël itd. W pogoni za cytatem, który niejasno mi świta, spędzam całe dnie na przerzucaniu stosów książek, ponieważ zapomniałem autora i gubię się w nieznanych tekstach kompletnie obcych autorów, aż wreszcie zapomnę, czego pierwotnie szukałem. Czy więc przy tak chaotycznym stanie ducha miałbym czelność odpowiadać na pytanie, jaka to w szczególności książka zmieniła moje życie? Żadna? Wszystkie? Pierwsza lepsza? – Nie wiem. 

Ale może – myślę na pociechę – może przy czytaniu (tak jak w życiu) przełomy i gwałtowne zmiany niewiele znaczą. Może czytanie jest raczej aktem impregnacyjnym, kiedy to świadomość zostaje wprawdzie do cna przesiąknięta, ale w tak niedostrzegalny, osmotyczny sposób, że sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Czytelnik, dotknięty amnezją in litteris, zmienia się zatem wskutek lektury, owszem, ale nie zauważa tego, bo w trakcie czytania zmieniają się zarazem owe krytyczne instancje jego mózgu, które mogłyby mu powiedzieć, że się zmienia. A dla kogoś, kto sam pisze, choroba ta byłaby może wręcz błogosławieństwem, ba, warunkiem koniecznym, ponieważ chroniłaby przed paraliżującym respektem, jaki wzbudza każde wielkie dzieło literackie, i zapewniałaby zdrowy stosunek do plagiatu, bez którego nigdy nie powstanie rzecz naprawdę oryginalna. 

Wiem, jest to pociecha zrodzona z konieczności, niegodna i tania, toteż próbuję się od niej opędzać: nie wolno ci ulegać tej straszliwej amnezji, myślę, musisz z całych sił opierać się nurtowi Lety, nie wolno ci się z kretesem pogrążać w tekście, musisz z jasną, krytyczną świadomością stać ponad tekstem, musisz robić wyciągi, sporządzać notatki, uprawiać ćwiczenia pamięciowe, jednym słowem: musisz – i tu zacytuję pewien sławny wiersz, którego autora i tytułu w tej chwili nie umiem sobie przypomnieć, ale ostatnia linijka niczym stały imperatyw moralny wyryła mi się na wieki w pamięci: „Musisz” – tak to idzie – „musisz… musisz…” 

Co za głupia historia! Teraz zapomniałem dokładnego brzmienia. Ale to nic nie szkodzi, bo sens pamiętam jeszcze bardzo dobrze. Coś tak jak: „Musisz zmienić swoje życie!” ‚
(„Amnesia in litteris” P. Süskind)

drama


/jestem przeszłością, zamkniętym rozdziałem. ?/
kochaj.
aż znikniesz.
aż nic nie zostanie.
nie licz na to, że zasługujesz.
że ktokolwiek
że Ona.

wielka kosmiczna pomyłka.

zły zestaw przy rozdawaniu duszy.
nie zaplanowano ci szczęścia.
pogódź się z tym.
i zawsze rób, mów źle.
nie to, co chcesz.
nie to, co czujesz.
rań Tą, której nigdy nie chcesz zranić.
.
emocje oszukują.
fałszują to, co było.
i ja zaczynam uciekać.
odcinać się. ucinać.
w połowie. w pół słowa.
coś mnie zatrzymało.
.
za dużo.
nie pomieszczę tego wszystkiego. 
w moim sercu jest mało miejsca.
pewna określona ilość bólu.
limit się wyczerpał.
musiałam wyjść.
uciec. wyłączyć.
umrzeć od środka.
po raz kolejny, po trochu.
bo mnie tak naprawdę miało nie być.
ktoś inny miał siedzieć w tym ciele.
pomyłka. nie ta dusza. nie do tego życia.
może kiedyś się uda.
może będę kimś innym.

ciepłozimno, bittersweet

otwieram oczy rano. strzepuję z siebie okruchy snu.

zapach, smak, głos…strzepuję.
myślę, że to wystarczy. w tramwaju dowiaduję się, że nie.
ten sen chodzi za mną. cały dzień.
obojczyk.
usta.
oczy.
na przystanek, w drodze, w parku w pracy.
i znowu tramwaje. na zaparowanej szybie rysuję łódkę
i patrzę, jak płynie.sz sobie ulicami.
nie wiem, czy to dobrze,
ale znajduję w tym śnie Ciepło.